Włochy - dziennik z podróży cz.4
| Podróże z aparatem |
Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu
Dojechaliśmy do Rzymu bez problemu. Znalezienie hotelu też nie było trudne, bo mieszkamy kilkanaście metrów od metra. Hotel jednak jest dla nas małym zaskoczeniem. Nazywa się Walter i prowadzi go Hindus. To w zasadzie kilkupokojowe mieszkanie z dorobionymi łazienkami. W dodatku to jest chyba środek tutejszego China Town.
Dziś weszliśmy do sklepu wyglądającego na spożywczy. Poza piwem przy wejściu i jednej półki z winami nic w tym sklepie nie miało na opakowaniu normalnych napisów, same krzaczki. Zaraz po przyjeździe trafiliśmy do innego chińskiego sklepu. Jest tam cała masa fajnych rzeczy, między innymi przepiękna halabarda ze stojakiem. Niestety okropnie droga. Ale za to kupiliśmy wachlarze do Tai Chi. Nie są jakieś wyszukane, ale może trochę wytrzymają, zanim jak zwykle je połamię na treningu.
A wracając jeszcze do naszego "hotelu". Najbardziej rozbawiły mnie kartki porozklejane w różnych miejscach lokalu. To prawie jak dokładna instrukcja obsługi. Mamy też uroczy widok z okna. Plusem jest to, że okna nie wychodzą na ulicę. Trzeba jednak znosić dość donośne odgłosy życia mieszkańców.
Zwiedzanie zaczęliśmy od popołudniowo - wieczornego spaceru przez plac Popolo, Hiszpańskie Schody, aż do fontanny Trevi. Wszędzie był niestety przerażający tłum ludzi. Dotąd tę słynną fontannę znałem głównie z filmu La Dolce Vita, a jej widok na żywo, w dodatku wieczorem, po prostu mnie oszołomił. Nic dziwnego, że wokół niej wciąż są tłumy turystów.
Następnego dnia zaczęliśmy od kociego raju w - nomen omen - Area Sacra. Jest to odkryty przy okazji remontu ulic kawałek starożytnego miasta, niedostępny dla ludzi, w którym zadomowiły się koty. Więcej o tym napiszę na stronie o kotach. Potem udaliśmy się do Panteonu i kilku innych ciekawych miejsc starego miasta.


Zwiedzamy w takim tempie, że nie nadążam z obrabianiem zdjęć, nie mówiąc już o pisaniu. Dziś zwiedziliśmy Watykan oraz plac i bazylikę św. Piotra. Wejściówki do Watykanu rezerwowaliśmy z dużym wyprzedzeniem przez jakieś włoskie biuro podróży. A jest ich tu chyba całkiem sporo i są całkiem dobrze zorganizowane. Każde z nich ma stałe miejsce zbiórki na schodach niedaleko wyjścia z Watykanu i bezbłędnie kierują błądzących turystów do właściwych grup. Samo wejście na teren zajęło nam prawie godzinę, mimo, że wszystko było zorganizowane. Najpierw dostaliśmy identyfikatory, żeby dostać się do sali kontroli. Przeszliśmy przez kontrolę bagażu i przez wykrywacze metalu. Potem musieliśmy poczekać, aż identyfikatory zostaną zamienione na bilety i mogliśmy już swobodnie zwiedzać.
Pierwsze miejsce, jakie chcieliśmy zobaczyć, to oczywiście Kaplica Sykstyńska. Ruszyliśmy za drogowskazami. Była to bardzo długa i kręta droga. Na szczęcie mogliśmy spokojnie fotografować. Niestety, gdy zbliżaliśmy się do celu poproszono nas o schowanie aparatów. Kaplica jest tam jedynym miejscem, gdzie nie wolno fotografować. A w środku... Tłok jak w tramwaju w godzinach szczytu. Coś strasznego. Obsługa co chwilę usiłowała uciszać tłum, jednak działało to tylko przez moment. Trudno było spokojnie skupić się na oglądaniu arcydzieł Michała Anioła. Po kilku minutach wynieśliśmy się stamtąd, by ochłonąć w spokojniejszych pomieszczeniach.
Kolejnym punktem zwiedzania miało być Muzeum Etrusków. I znów udaliśmy się za drogowskazami. Te jednak gdzieś zniknęły i okazało się, że trafiliśmy na jakąś inną drogę do Kaplicy Sykstyńskiej. Już mieliśmy się poddać i wycofać, gdy trafiliśmy na na ekspozycję wykopalisk egipskich. No cóż, skoro już tam trafiliśmy, to niech będą. Po ich obejrzeniu zrobiliśmy kolejne podejście do Etrusków. I znów drogowskazy znikły. Nie mieliśmy ochoty na drugie przeciskanie się przez tłum w Kaplicy Sykstyńskiej, więc z obawą szliśmy naprzód. W końcu udało się. Jakaś nieśmiała tabliczka wskazała nam drogę. Wystawę obejrzeliśmy dość pobieżnie. Byliśmy tam już ponad cztery godziny i zmęczenie dawało nam się we znaki. Następny punkt programu to Bazylika św. Piotra.
Na plac św. Piotra trafiliśmy szybko i łatwo, a tam przywitała nas ogromna kolejka. Na szczęście posuwała się szybko. Po przejściu przez kolejne bramki wykrywające metal, wraz z tłumem ludzi weszliśmy do bazyliki. Jej ogrom robi niesamowite wrażenie. Niestety było już za późno, żeby wejść na kopułę, więc zwiedzaliśmy tylko dół.
Ciekawostką i nowością dla nas jest sposób oprowadzania wycieczek. Zaobserwowaliśmy to już we Florencji. Sposób wydaje się genialny przy tak dużym ruchu turystycznym. Każdy uczestnik wycieczki dostaje odbiornik ze słuchawkami, a przewodnik, zamiast krzyczeć, mówi spokojnie do mikrofonu z nadajnikiem. Żeby grupy się nie pogubiły, prowadzący niesie ze sobą coś wysoko nad głową, co łatwo zauważyć w tłumie. Najbardziej popularne są parasolki, jednak nie brak innych atrybutów. Widzieliśmy kwiatki, wstążki na teleskopowych wskaźnikach, małe chorągiewki, wielkie flagi i kilka innych dziwactw. Zdarzają się też tabliczki z numerami. Te bywają czasami denerwujące. Gdy fotografowałem w Bazylice św, Piotra i miałem już przygotowany idealny kadr wielkiego baldachimu, tak, żeby nie było za bardzo widać ludzi, nagle z dołu wkradł mi się duży, trudny do nie zauważenia numer 17. Uważam, że to "genialny" pomysł zbierać swoją wycieczkę w takim miejscu. Przecież każdy, kto tam wchodzi, staje właśnie tam, żeby zrobić zdjęcie. I niestety nie był to przypadek odosobniony. Punkt za pomysłowość.
Długo by jeszcze pisać o tym, co tu poznajemy. Zarówno, jeżeli chodzi o turystykę, jak i zwyczaje tubylców. Ale gdybym to wszystko chciał opisać dokładnie, zabrakłoby mi czasu na fotografię.
Podróż przez starożytność
Po Watykanie, zgodnie z planem zwiedzania, udaliśmy się do Colosseum. Muszę przyznać, że nie myślałem, że jest tak duże. Narobiłem tam potworną ilość zdjęć. Co krok coś mnie zachwycało i kolejny raz wyzwalałem migawkę. Dopiero gdy ochłonąłem okazało się, że te wszystkie zdjęcia są do siebie podobne ;)

W pakiecie z Colosseum mieliśmy zwiedzanie Forum Romanum, pozostałości po dawnym centrum politycznym i religijnym Rzymu. Niewiele obiektów utrzymało się w dobrym stanie, po części mogliśmy oglądać tylko ślady ścian, podstawy kolumn czy pozostałości posadzki. Na terenie cały czas prowadzone są prace archeologiczne, mogliśmy przez chwilę nawet podziwiać młodych ludzi grzebiących w ziemi za pomocą rozmaitych narzędzi czy też dokonujących pomiarów.
Spacerowaliśmy po terenie już jakiś czas, kiedy z przerażeniem stwierdziliśmy, że dzień ma się ku końcowi, a my jesteśmy dopiero mniej więcej w połowie. Upał dawał się we znaki, więc przestawiliśmy się na program "zwiedzanie pobieżne". Poszliśmy do części zwanej Palatynem, gdzie można było obejrzeć kilka willi oraz niewielkich świątyń, a także pozostałości stadionu. Wśród ruin odnaleziono i udostępniono zwiedzającym pomieszczenia mieszkalne z dobrze zachowanymi zdobieniami ścian. Ciekawe było to, że na ścianach malowali drzwi i okna :)
Jedną z plag Rzymu są handlarze. Są natrętni do niemożliwości, irytujący i są wszędzie. Pod Colosseum byliśmy światkami interesującej akcji. W pewnym momencie z wszystkich stron zaczęli w popłochu zbiegać się owi ciemnoskórzy mieszkańcy dalekiego wschodu, trudniący się wciskaniem turystom wszystkiego, co się da. Jest ich naprawdę dużo i widok biegnących wszystkich na raz nieco nas spłoszył. Zwłaszcza, że biegli w naszą stronę. Wyglądało to na jakąś obławę na nielegalnych handlarzy. Zdziwienie nasze było ogromne, gdy okazało się, że uciekali przed jednym samochodem, w którym siedziały dwie kobiety w cywilu. Ale przynajmniej po tym była chwila spokoju.
Wyjątkowo upierdliwi handlarze są pod fontanną Trevi. Ale za to przygotowani na każdą okazję. Gdy pada, sprzedają parasolki, gdy się ściemnia, sprzedają statywy do aparatów, jak nic się nie dzieje, to sprzedają zabawki, biżuterię albo chusty. Byliśmy również świadkami, gdy jeden z nich usiłował sprzedać kwiaty parze, która była właśnie w trakcie wyjątkowo gorącego pocałunku. Ciemny koleżka prawie wcisnął się między kochanków, żeby zaoferować im swój towar.


Następnego dnia nie mieliśmy już rezerwowanych wycieczek, więc mogliśmy oddać się zwiedzaniu swobodnemu. Postanowiliśmy postarać się o zdjęcia z mniejszą ilością turystów i naszym pomysłem było pojawić się w "najgorętszych" punktach wcześnie rano. Gdy doszliśmy do metra, jeszcze nie wszystkie wejścia były otwarte. Jednak były to już godziny szczytu, metro było tak zapchane, że nie daliśmy rady wsiąść do pierwszego pociągu, jaki podjechał i pojechaliśmy dopiero drugim. Celem podróży były Hiszpańskie Schody. Przy fontannie już zgromadziła się jakaś wycieczka, ale udało nam się sfotografować prawie puste schody. Niestety nie mieliśmy tyle szczęścia z fontanną Trevi. Tam od rana jest tłum. Przyjechaliśmy jeszcze późnym wieczorem na nocne zdjęcia ze statywem, ale tłum nie malał. Niestety nie mogliśmy czekać, aż okolice fontanny opustoszeją, bo nie mielibyśmy jak wrócić do hotelu. Przy okazji udało się sfotografować Panteon.


W ciągu dnia pojechaliśmy jeszcze na wyspę Tiberina. Według przewodnika tam miał być tzw. Most Angielski, którego nazwa wzięła się od lewostronnego ruchu pojazdów. Po raz kolejny przewodnik okazał się nieaktualny. Ilość zaparkowanych na całej długości mostu pojazdów wykluczała takie fanaberie, jak ruch w ogóle :) Można się było tylko przeciskać, lawirując ostrożnie między pieszymi, słupkami i innymi zawalidrogami.
Tego dnia mieliśmy też okazję zapoznać się z jednym z bardziej szokujących zjawisk architektonicznych. Mowa o Vittoriano, czyli Ołtarzu Ojczyzny, przez tubylców zwanym "maszyną do pisania". Jest to olbrzymi, wielopoziomowy biały monument, ozdobiony zamieszczonymi na dach kwadrygami, widocznymi z każdego zakątka miasta. Położony jest tuż przy zabytkowym wzgórzu Kapitolińskim i Forum Romanum, jednak tak daleki od nich w sensie estetycznym, jak harlequiny od literatury. Jeden z poetów nazwał go "ogromnym białym nowotworem złośliwym" i muszę przyznać, że to dosyć łagodne określenie.
A stojąca obok zabytkowa kolumna Trajana została szczelnie odgrodzona płotem i rusztowaniami, tak, że nie można nawet podejść bliżej. Rzym - miasto tysiąca rusztowań!
Więcej zdjęć zobaczysz w GALERIACH.







